Tajfun gdański


Mężczyzna od kobiety różni się m.in. tym, że facet chce przede wszystkim rozwiązać problem, zaś kobiecie zależy głównie, by na danym zagadnieniu się zatrzymać, ponarzekać, czasem się wypłakać mężczyźnie w mankiet i dopiero wtedy ewentualnie pozwolić pójść dalej. W wersji alternatywnej – po wykonaniu wszystkich tych czynności stwierdzić nagle z wyrzutem swojemu partnerowi, że wciąż jeszcze problem istnieje, zaś facet dotąd nie zrobił nic, aby zniknął. Będę brutalnie szczery – dokładnie takie refleksje nasuwają mi się w sprawie tragicznych wydarzeń z ostatniej niedzieli w Gdańsku. Toteż pozwolą Państwo, że niniejszy tekst nie będzie ani lamentowaniem, że „przekroczona została ostatnia granica”, ani emocjonalnym wezwaniem do „wyzbycia się języka nienawiści” czy innym równie konstruktywnym przesłaniem.

Skupiając się wyłącznie na faktach, należy stwierdzić następujące rzeczy. Po pierwsze: zamordowano prezydenta jednego z największych miast w Polsce. Człowieka, który rządził Gdańskiem od bardzo wielu lat, który był z tym ośrodkiem związany już od chwili urodzenia i który – cokolwiek by o nim nie mówić – był jednym z największych współczesnych symboli stolicy województwa pomorskiego. Po drugie: do zdarzenia doszło podczas jednej z najbardziej medialnych imprez – i to w swym założeniu dobroczynnej – o zasięgu ogólnopolskim. Po trzecie: mordercą jest człowiek z problemami psychicznymi, wcześniej odbywający wyrok za napady na banki, którego wina za tamte zdarzenia również jest kwestią bezsporną. Po czwarte: całość odbyła się w ten sposób, że najpierw „pan Stefan” (tak będą się do niego zwracać już do końca życia strażnicy więzienni) bezkarnie wszedł sobie na scenę, następnie – celując nadzwyczaj profesjonalnie – zadźgał prezydenta Gdańska, po czym odbył triumfalny marsz po scenie, aby dorwać się do mikrofonu i ogłosić, że przez Platformę Obywatelską siedział niewinnie w więzieniu „dlatego zginął Adamowicz”. Dopiero wtedy do „pana Stefana” podszedł pracownik obsługi scenicznej, wobec którego sprawca dobrowolnie odrzucił nóż i położył się na podłodze pozwalając się obezwładnić.

I to jest – Szanowni Państwo – wszystko co tak naprawdę wiemy. Nie mamy pojęcia czy napastnik działał sam, czy też wykonywał czyjeś zlecenie. Tym samym nie wiemy czy motywy mordercy miały podłoże wyłącznie psychiczne, czy też dołączyły się do nich sprawy bardziej złożone. Teorii spiskowych – co nie dziwne – pojawiło się mnóstwo. W zasadzie nie ma osoby, której nie oskarżałaby przynajmniej jedna z nich. A reszta analiz – sprawiająca wrażenie bardziej przemyślanych – sprowadza się do tego, że jedna strona politycznego sporu oczekuje poprawy od drugiej i na odwrót. Ani to konstruktywne, ani prawdziwe, za to często absurdalne.

Dlatego sugeruję się skupić na tym, co bezsporne i co wiemy bez konieczności czekania na wyniki śledztwa. A wiemy, że zawiodło przede wszystkim zabezpieczenie imprezy. Imprezy, która nawet nie została zgłoszona jako masowa (którą ustawa z miejsca klasyfikuje jako konieczną do szczególnego zabezpieczenia), choć coroczna frekwencja dawała podstawy do tego, by sądzić, że wydarzenie w pełni się do takiej kategorii zalicza. Co więcej, zabezpieczenie imprezy było dokładnie takie same, jak niemal wszędzie indziej tego dnia. I choć w przypadku Gdańska wszystko skupia się – i słusznie – na agencji ochrony „Tajfun”, to tajemnicą poliszynela jest fakt, że gdyby podobne zdarzenie przytrafiło się w innym mieście, to efekt byłby porównywalny.

Temat ochrony osób i mienia jest w ogóle bardzo pojemny i wymagający niezwykle skrupulatnego podejścia do sprawy. W największym skrócie: ochroniarzem w gruncie rzeczy mógłby być każdy, kto potrafi ustać na nogach przez kilka godzin z rzędu. A nawet jeśli nie potrafi, to może pracować np. przy obsłudze monitoringu. Paradoksalnie do tej drugiej grupy można mieć o wiele większe zaufanie, bo ci ludzie – o czym się sam zdążyłem przekonać – często mają bardziej profesjonalne podejście do pracy. Ale pojedyncze osoby – bardziej straszące służbowym ubiorem i krótkofalówką niż sylwetką, że o zachowaniu nie wspomnę – raczej rzadko stanowią ochronę w pełnym tego słowa znaczeniu.

Tu uprzedzam ewentualne uwagi – nie mają tu nic do rzeczy osoby z orzeczeniem o niepełnosprawności, których faktycznie pełno w ochronie, a to z kilku powodów. Po pierwsze: zdecydowaną większość z tego grona stanowią ludzie z lekkim stopniem niepełnosprawności, który tak naprawdę – jeśli dobrze poszukać – może otrzymać każdy, nawet teoretycznie okaz zdrowia. Nie jest prawdą, że większość z nich choruje psychicznie. Po drugie: ochroniarze ogólnie są bardzo słabo przeszkoleni. Takie osoby często nie wiedzą, jak zareagować w danej sytuacji. Mało kto spośród nich trenuje jakieś sztuki walki, a tym samym sytuacja, w której ktoś dźga innych nożem, rzeczywiście wzbudza wśród ochroniarzy konsternację. No i po trzecie: nie bez przyczyny niepełnosprawnych zatrudnionych przy „pilnowaniu mienia” nie obowiązują przepisy dotyczące skróconego czasu pracy i zakazu angażowania ich w porze nocnej. A że z nieciekawym skutkiem? Wszak tego na początku się nie wie.

Nigdy nie jest dobrze, gdy państwo reaguje dopiero wtedy, gdy stanie się coś złego. Ale każdy z nas doskonale zna powiedzenie „Lepiej późno niż wcale”.

Zamość onLine / 2019-01-18