Już nad przepaścią, jeszcze przed krokiem naprzód


W tym roku lubelskie należy do grupy województw, w których ferie zimowe odbywają się jako ostatnie w kolejności. To dobra okazja, by wrócić do kwestii polityki transportowej, która jest udziałem naszego regionu. Tym bardziej, że właśnie w związku z feriami często słyszę zapytania o możliwości dostania się z Zamojszczyzny w różne rejony naszego kraju. I za każdym razem czuję zażenowanie, że muszę tłumaczyć ludziom od podstaw, w jakiej sytuacji się obecnie znajdujemy.

A sytuacja niestety znów jest niedobra. Od grudnia nie mamy już bezpośredniego pociągu łączącego Hrubieszów i Zamość z południową oraz zachodnią Polską. Zamiast niego tymczasowo jeździ „ogryzek” do Rzeszowa obsługiwany przez SKPL na zasadzie umowy podwykonawstwa z PKP Intercity, z którego można się przesiąść na inny pociąg w kierunku Krakowa i dalej na zachód.

Nie lubię stosować zwrotu „A nie mówiłem”, ale niestety jak ulał pasuje on do tego, co stało się dzieje. Wraz z kolegami z grupy „Pociągiem do Hrubieszowa” obserwuję na bieżąco sytuację i widać wyraźnie, że pasażerów dramatycznie ubywa. Względem ubiegłego roku mniej więcej o połowę i to po zaledwie dwóch miesiącach. O ile okres świąteczno-noworoczny da się jeszcze na upartego tłumaczyć faktem, że mieliśmy więcej dni przypadających na szczyt przewozowy, w porównaniu z rokiem poprzednim, dlatego frekwencja mogła się rozłożyć w czasie, to kolejne dni niestety nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Co więcej, tendencja ta jest tym gorsza, że obecnie jedynym sposobem, aby dostać się z Hrubieszowa lub Zamościa do Krakowa, są prywatne auta (w tym Blablacar) oraz busy, a mimo to kolej traci pasażerów. Nawet bowiem w mrocznych czasach, kiedy po naszych torach nie jeździła nawet imitacja pociągu dalekobieżnego, mogliśmy liczyć na połączenia autobusowe. Tych już jednak nie ma – ot, wykluczenie komunikacyjne w praktyce.

Niestety ta ucieczka nie dziwi mnie wcale. Wystarczy posłuchać relacji pasażerów z różnych „przygód” w trakcie przesiadki w Rzeszowie. Od zwykłych, jak targanie ciężkich bagaży przez schody i przejścia podziemne tamtejszej stacji, poprzez koczowanie na mrozie w oczekiwaniu na opóźniony pociąg z Przemyśla, aż po przypadek, w którym pociąg do Jeleniej Góry „uciekł” nie czekając na opóźniony z Hrubieszowa, więc pasażerowie musieli poczekać dwie godziny na następny. Niestety powyższych problemów na naszej sieci kolejowej wyeliminować się po prostu nie da. Pozostaje tylko wyeliminować przesiadkę i to powinno być priorytetem.

Kolejny raz powiem „A nie mówiłem”, bo spełniły się obawy co do taboru, którym posługuje się SKPL. O ile trasę z Rzeszowa do Zagórza pojazdy SN84 jeszcze jakoś potrafiły ogarnąć, to rozszerzenie jej o szlak do Hrubieszowa skończyło się tym, że już pod koniec stycznia wszystkie trzy musiały wrócić do Ostrowa Wielkopolskiego z powodu konieczności wykonania napraw. Zastąpiły je pojazdy sprowadzone w tym celu na gwałt z województwa kujawsko-pomorskiego, które jeździły we flocie Arriva RP jako pociągi regionalne. Jeździły, bo Urząd Marszałkowski Województwa Kujawsko-Pomorskiego zadecydował o wyłączeniu ich z użytkowania w chwili, gdy osiągnęły wiek 40 lat.

Owszem, faktem są kłopoty z lokomotywami spalinowymi, które się notorycznie psują w całym kraju, a także totalnie rozgrzebana linia z Warszawy do Lublina, którą trzeba w zasadzie budować od nowa i do której trzeba organizować objazdy przez Łuków, czyli m.in. odcinki niezelektryfikowane. Tutaj faktycznie, z racji ograniczonych zasobów lokomotyw spalinowych należy nimi gospodarować umiejętnie. Tylko jeśli było aż tak źle, że pozbawiono dalekobieżnej kolei półmilionowy region, który w dodatku partię rządzącą stale popiera, to chyba trzeba jak najszybciej sytuację naprawić?

Teraz musimy naprawdę ratować to, co jeszcze mamy. Ergo – jak najszybciej przywrócić bezpośrednie połączenie kolejowe. Niechby nawet zacząć od zaangażowania najprostszych lokomotyw spalinowych, które nie mają ogrzewania, ale które zarazem nie jest potrzebne w sezonie od maja do września. W grudniu tego roku zaś elektryfikację otrzyma odcinek z Lublina do Stalowej Woli i Rzeszowa, co pozwoli „zluzować” kolejne kilka pojazdów odpowiednich maszyn na szlak ku Zamojszczyźnie. Krok po kroku, ale można wszystko jeszcze odbudować. Trzeba tylko pójść po rozum do głowy, a na to czasu mamy coraz mniej. Z doświadczenia wiem, że polska kolej po wszelkich „wstrząsach” z lubością rozgaszcza się w bylejakości dna, na które spadła, ale już strasznie ciężko jej się potem z tego dna podnosić. Tym bardziej więc powrotu kolei dalekobieżnej powinien pilnować każdy, komu zależy na przyszłości regionu.

Zamość onLine / 2019-02-15