Jak zostać antysemitą?


Niespełna pół roku temu na tych łamach opowiadałem, w jaki sposób można zostać antyklerykałem. Krótko przypominając - wystarczy zostać dotkniętym przez kościelną butę i nie być zanadto blisko z Kościołem. Bo jeśli jest się blisko Kościoła, to ten proces trwa jednak trochę dłużej, co nie znaczy, że nie dochodzi do jego finalizacji. Istnieją wszak antyklerykałowie, którzy wcześniej byli naprawdę wierzący. Tak samo istnieją filosemici, którzy mogą stać się antysemitami. I moim zdaniem stanie się tak na pewno, biorąc pod uwagę obecną politykę szeroko pojętego środowiska żydowskiego. Bo świeżych antysemitów, którzy jeszcze nie tak dawno wykazywali "przyjazną neutralność", pojawiło się w ostatnich dniach całkiem sporo.

Piję oczywiście do wydarzeń, których początkiem była niesławna "konferencja bliskowschodnia" w Warszawie. Konferencja, której sens trudno było ukryć, bo jak można mówić o pokojowym spotkaniu na temat Iranu, jeżeli Iran nie był na to wydarzenie zaproszony? Nasz rząd jednak czynił wybitne starania gimnastyczne, aby o wojnie z Iranem wprost nie powiedzieć. Spoko - premier Izraela powiedział to za nas.

Ale zanim jeszcze delegacje z kilkudziesięciu państw zasiadły do kolacji na Zamku Królewskim, dostaliśmy soczystego plaskacza od wiceprezydenta USA, który wypomniał nam, że nie rozliczyliśmy się z dawnymi właścicielami majątków, którzy utracili je w czasie drugiej wojny światowej. Potem mieliśmy tzw. wpadkę znanej amerykańskiej dziennikarki mówiącej, że Żydzi z warszawskiego getta walczyli z polskim rządem, a jeszcze potem swoje dołożył izraelski premier. Już po konferencji zaś mieliśmy wystąpienie szefa MSZ Izraela, który powiedział w telewizji, że wielu Polaków współpracowało z nazistami i brało udział w zagładzie Żydów w czasie Holokaustu, czego Izraelczycy nie zapomną i nie przebaczą. W konsekwencji nikt z Polski nie udał się do Jerozolimy na szczyt Grupy Wyszehradzkiej, gdzie w tej sytuacji odbyły się - jak to ładnie ujęto - rozmowy dwustronne pozostałych jej członków.

Nie będę pisał elaboratu o przyczynach takiego postępowania strony izraelskiej, bo nie ma na to miejsca. Ale widać wyraźnie, że nie jest to działanie obliczone na rozwój dwustronnych relacji. Albo inaczej - jeśli jest, to wyłącznie na zasadzie, że Polacy zrobią co im się nakaże, bo nie mają innego wyjścia. I najgorsze co można zrobić, to utwierdzić Izrael w tym przekonaniu.

Bo tak na zdrowy rozum, to normalnie prowadząc taką politykę, jak obecnie Państwo Żydowskie, można wyłącznie stracić. "Normalnie", czyli zakładając, że ma się po drugiej stronie państwo działające odpowiedzialnie, zgodnie ze swoją racją stanu. Tyle tylko, że nasz rząd nie działa zgodnie z polską racją stanu. Przypominam, że najpierw mieliśmy stawiać na sojusz z Wielką Brytanią, a dopiero potem z USA, lecz nikomu z rządzących nie przyszło do głowy, że Brytyjczycy mogą zrobić Brexit. Został nam więc tylko sojusz z Ameryką, która - jak się okazuje - mimo zmiany władzy w międzyczasie polityki wobec nas nie zmieniła zupełnie. Choć trzeba przyznać, że Obama przynajmniej umiał to ukryć, dzięki czemu wciąż ma nad Wisłą wielu fanów. W każdym razie w naszej polityce zagranicznej brakuje rzeczy najważniejszej - ustalenia co w zasadzie możemy zaoferować naszym potencjalnym sojusznikom.

To niby dyplomatyczne przedszkole, ale najwyraźniej trzeba je powtarzać do skutku - nikt normalny nie wejdzie w sojusz z państwem, które jako argument ku temu przedstawia wyłącznie fakt swojego istnienia między Niemcami a Rosją. Owszem, mamy pojedyncze przykłady dobrych działań, jak choćby niedawna umowa z Japonią na efektywniejsze wykorzystanie węgla, ale to strasznie mało. W tej chwili wygląda na to, że postawiliśmy do tego stopnia wyłącznie na USA, że postawienie się temu mocarstwu w jakiejkolwiek sprawie jest dla naszego rządu niczym wyjście Polski z Unii Europejskiej dla opozycji - nawet nie do pomyślenia. A rozwaga w dyplomacji polega właśnie na tym, żeby niczego z góry nie odrzucać.

Paradoksalnie może dzięki temu za kilka miesięcy sytuacja wyglądać zupełnie inaczej. Wystarczy, że rzetelnie przeanalizujemy sprawę, spróbujemy określić, jak sprawy światowe pójdą dalej (i czy aby na pewno warto odrzucać sojusz z Chinami, skoro Fort Trump ma być tak kosztowny i to nie tylko finansowo) i może wreszcie spojrzymy na to, w jaki sposób politykę zagraniczną prowadzi nasz teoretycznie największy sojusznik, czyli Węgry. Bo tak się składa, że choć tamtejszy premier ma u siebie niezbyt dobrą opinię i co chwilę się słyszy, że spotkają go za to jakieś konsekwencje, to on nic sobie z tego nie robi, tylko po prostu robi interesy. Ze wszystkimi stronami barykady.

Zamość onLine / 2019-02-20