Strajki, czyli o paranoi w edukacji


To było do przewidzenia – im bliżej wyborów i im więcej obietnic z nimi związanych, tym więcej głosów niezadowolenia grup, które konkretnie oznaczone w gronie beneficjentów nie zostały. Wiadomo już, że tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego strajkować mają niepełnosprawni. Co prawda chodzi o zwykłą manifestację „obnażającą hipokryzję rządów PiS”, przy okazji której pojawia się coraz więcej bzdur kolportowanych m.in. przez znaną już w całym kraju panią Hartwich, ale słowo „strajk” lepiej brzmi. Nawet jeśli bardziej do tego słowa pasuje na przykład rezygnacja z pobieranych świadczeń. Strajk z prawdziwszego zdarzenia będziemy mieli już w najbliższy piątek. 15 marca uczniowie również zamojskich szkół będą uczestniczyć w Młodzieżowym Strajku Klimatycznym. Tu jak najbardziej uczniowie zamiast się uczyć, będą ubrani w błękitne barwy oraz transparenty na temat „zmian klimatu”. Nie zgadzam się z tymi argumentami, ale w porządku – niech strajkują. Mam nadzieję, że nie zapomną przy tym choćby symbolicznie posprzątać otoczenia – przynajmniej na terenie swoich szkół. Gorzej, że na pierwszą dekadę kwietnia strajk planuje Związek Nauczycielstwa Polskiego. A jeśliby do niego doszło, mielibyśmy do czynienia z naprawdę dużym bałaganem.

Co oczywiście nie znaczy, że obecnie tego bałaganu nie ma. Coś o tym wiem, bo przez wiele lat mogłem go obserwować z perspektywy syna, a obecnie brata nauczycielki, nie wspominając o przyjaciołach i znajomych pracujących w szkolnictwie. Z drugiej strony musiałem powstrzymywać zapędy jednego z moich byłych przełożonych, który swego czasu nakazał mi stworzenie artykułu na całą stronę w gazecie. Nauczyciele mieli w nim zostać zaprezentowani jako nieroby pobierające niewspółmiernie dużą kasę, żerujące na biednych uczniach w postaci korepetycji – generalnie jako niekompetentne indywidua. Wszystko dlatego, że jego córka musiała się douczać korepetycjami, aby w miarę poprawnie opanować matematykę. Nie muszę chyba pisać, jakie ma on obecnie zdanie o planowanym strajku.

To prawda, że wierchuszka ZNP gra strajkiem z powodów wyłącznie politycznych. To prawda, że szefa tego związku nie interesują sprawy merytoryczne, bo sam ma ciepłą posadkę od niemal trzech dekad i reaguje wyłącznie wówczas, gdy jest okazja dowalić rywalom z przeciwnej strony barykady. Z tym, że poza związkowcami na samej górze mamy również mnóstwo nauczycieli, których kwestie polityczne nie interesują wcale. Za to bardzo ich ciekawi to, by słupki wynagrodzeń podawane przez TVP niezależnie od opcji sprawującej władzę pokrywały się z tym, co widzą na paskach swych wypłat.

Obecna sytuacja jest taka, że przez ostatnie kilkanaście lat wzrosty pensji nauczycieli były wręcz symboliczne, całkowicie nieprzystające do rzeczywistości. Ta zaś była jednoznaczna – płace w gospodarce wzrastały, m.in. za sprawą lawinowo rosnącej płacy minimalnej. W efekcie praca w szkolnictwie realnie stała się nadzwyczaj mało płatna. Nauczyciel to nie jest już zawód prestiżowy. Nie garną się do niego młodzi, bo więcej zarobią pracując w korporacji, mając w niej porównywalny poziom stresu, o ile nie mniejszy. Niż demograficzny trochę to przykrył, ale coraz częściej – zwłaszcza w dużych miastach – szkoły mają do czynienia z brakami kadrowymi, co jeszcze kilka lat temu wydawało się niemożliwością. A ponieważ równolegle coraz więcej nauczycieli będzie niedługo przechodzić na emerytury, będziemy mieli jeszcze większy kłopot.

Przestrzegam więc przed wyliczaniem nauczycielom ich przywilejów w postaci stosunkowo długich – acz sztywnych – wakacji czy 18 godzin „przy tablicy” w tygodniu. Nie tylko dlatego, że rzeczywistość nie wygląda faktycznie aż tak różowo. Co by bowiem nie mówić, to właśnie od nauczycieli (oraz rodziców) zależy jakość przyszłych pokoleń. Niskimi pensjami nie zachęcimy do bycia nauczycielami rzeczywiście najlepszych.

Zamość onLine / 2019-03-14