Wybory do gremium innego, niż myślał Naród


Ochłonęli już Państwo po wyborach do Parlamentu Europejskiego? Choć minęły już od nich niemal dwa tygodnie, to mam wrażenie, że nie wszyscy zdążyli przejść nad tym zdarzeniem do porządku dziennego. W zasadzie mogę tak powiedzieć o większości naszych polityków. I może to bardziej świadczy o mnie, aniżeli o nich, ale za Chiny nie mogę zrozumieć tego kociokwiku.

Przede wszystkim do tej pory nie wiem, o co w tych wyborach chodziło. Bo nawet rzecz logicznie się narzucająca, czyli „aby wygrać”, nie jest do końca jednoznaczna. Nie bardzo bowiem wiem, co to zwycięstwo miało dać. Albo inaczej – nie wiem dlaczego obywatele mieli w tych wyborach poprzeć którąkolwiek z list wyborczych. Nie wiem tego, bo w trakcie kampanii wyborczej praktycznie ani razu nie powiedziano Polakom dlaczego głos akurat tej partii ma być w Parlamencie Europejskim szczególnie istotny. Co więcej, nie powiedziano im nawet tego, że PE nie ma inicjatywy ustawodawczej, w związku z czym obraduje wyłącznie nad tym, co mu przygotuje Komisja Europejska. Ugrupowania nie powiedziały też Polakom, co oferują w ramach swego przebywania w Parlamencie Europejskim. Mówiły za to cały czas o polityce krajowej – o swojej działalności i działalności przeciwników w tej materii. Naród więc najwyraźniej miał dojść do wniosku, że decydował nie o podziale miejsc w PE, lecz o kształcie kampanii przed czekającymi nas jesienią wyborami do parlamentu krajowego. Ta pokrętna logika zwyciężyła – ponieważ Naród popiera w kraju PiS, zdecydował, że najwięcej osób opuści krajowe podwórko właśnie z tej partii.

Chciałbym bowiem z całą stanowczością stwierdzić, że wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego w Polsce nie świadczy absolutnie o niczym. No dobrze, trochę przesadziłem, bo na pewno wspomniany rezultat świadczy o krachu idei Koalicji Europejskiej, która do jesieni rozejdzie się co najmniej pod względem współpracy z Polskim Stronnictwem Ludowym, które nie może już liczyć nawet na Koła Gospodyń Wiejskich. Stworzenie KE to zresztą niezły kabaret, bo skupianie w jednym miejscu ugrupowań nierzadko ze sobą sprzecznych (i nawet wchodzących do różnych frakcji w PE) tylko po to, aby wygrać z PiS-em – biorąc pod uwagę istotę majowych wyborów – było wyczynem godnym błazna. W pełni potwierdziły to zresztą ostatnie dni, podczas których np. Leszek Miller publicznie powiedział, że w kwestii walki z Prawem i Sprawiedliwością on już swoje zrobił i mandat do Brukseli otrzymał, w związku z czym całą resztę ma głęboko gdzieś. Komicznie wyglądały obchody rocznicy częściowo wolnych wyborów 4 czerwca w Gdańsku, gdzie mieliśmy do czynienia z niemal dosłownym zjazdem politycznych trupów. A miało nastąpić nowe otwarcie opozycji – już pod batutą Donalda Tuska. On sam tam wprawdzie był, ale nie sprawiał wrażenia szczególnie chętnego do powrotu ku rodzimemu grajdołkowi.

Niemniej to wcale nie oznacza, że wynik wyborów na jesieni mamy już przesądzony. Przeciwnie – uważam za bardzo mało realną sytuację, w której PiS ponownie będzie tworzył samodzielnie rząd. Właśnie dlatego, że rozpadnie się Koalicja Europejska, co sprawi, iż sejmowy tort trzeba będzie dzielić na więcej aniżeli trzy kawałki. Ale na jakiekolwiek inne wnioski generalne bym się nie odważył, dlatego tym bardziej niepojęta wydaje mi się zarówno panika w jednym obozie, jak i rozprężenie w drugim.

Zamość onLine / 2019-06-05