Mistrzostwa do zapomnienia


Uprzedzam, że niniejszy tekst piszę po zwycięstwie naszej młodzieżówki w młodzieżowym EURO nad Belgami, a przed jej drugim meczem w turnieju – z Włochami. Mam głęboką nadzieję, że nastrój po drugim pojedynku nie jest gorszy niż po pierwszym, a przynajmniej nie jest o wiele gorszy. Tym bardziej, że mistrzostwa odbywające się właśnie we Włoszech i San Marino to najważniejszy turniej piłkarski dla Polski w tym roku. Bój o udział w igrzyskach olimpijskich – nawet uwzględniając ich mniejszy prestiż od dorosłego Mundialu – to jednak nie byle co. Z pewnością bije na głowę imprezę, która zakończyła się niedawno w Łodzi. I która teoretycznie powinna stać najwyżej w hierarchii.

Mam tu na myśli oczywiście mistrzostwa świata drużyn do lat 20, czyli chyba najdziwniejszy twór piłkarski na naszym globie. Przynajmniej w aspekcie drużyn reprezentacyjnych, bo w sumie Klubowe Mistrzostwa Świata też nie grzeszą logiką. Nie sądzę, aby na naszych boiskach zaprezentowały się autentycznie 24 najlepsze ekipy na naszej planecie. Nie wiem czy 15 dało się zliczyć.

Mieliśmy szczęście, że w tym gronie trafiliśmy na klasycznego outsidera, czyli Tahiti. Ekipę zbudowaną wedle standardu znanego z naszych podwórek, czyli „gruby na bramkę”. Tylko dzięki temu udało nam się strzelić jakiekolwiek gole w turnieju. A ponieważ było ich pięć, udało się zająć odpowiednio wysokie miejsce wśród drużyn plasujących się na trzecich pozycjach w swych grupach, przez co rozegraliśmy czwarty mecz w rozgrywkach. Zresztą cudu w nim i tak nie było.

Oglądając te mistrzostwa zadawałem sobie dwa pytania. Po pierwsze: jaki był klucz naboru do naszej reprezentacji? W większości w polskich barwach występowały klasyczne „no name'y”, których przynależność klubowa stanowiła tajemnicę nawet dla ludzi naprawdę się interesujących piłką nożną. W dodatku nie każdy z nich grał dla nas dlatego, że autentycznie chciał, tylko po prostu „Niemcy nie wyraziły mną zainteresowania”, jak szczerze (co trzeba docenić) stwierdził pewien napastnik rezerw Bayernu Monachium. Nie można było z taką zbieraniną spodziewać się dobrych owoców.

Druga kwestia dotyczyła zespołu zwycięzców mistrzostw, czyli Ukraińców. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że jakaś połowa z tego grona za kilka lat będzie stanowić kadry tzw. Ekstraklasy, wożąc się tylko na osiągnięciu z tego roku na polskich boiskach. Nie tylko dlatego, że w ostatnich miesiącach trafiło do naszych klubów paru Portugalczyków, którzy osiem lat temu również wysoko zaszli na młodzieżowym Mundialu, ale obecnie – w teoretycznie szczycie dorosłej kariery – okazuje się, że poważny futbol to dla nich za wysokie progi. A ponieważ w przypadku Ukraińców ważne mogą być też czynniki stricte geograficzne, nie zdziwię się, jeśli za pewien czas część z ich grupy zasili np. Jagiellonię, Cracovię, Koronę czy Piasta.

Nie mówiąc już o fakcie, że te mistrzostwa były turniejem, którego tak naprawdę nikt nie chciał. Przypominam, że naszym jedynym kontrkandydatem do jego organizowania były Indie. Tak więc nie sądzę, byśmy te zawody wspominali po latach jako czempionat, którego goszczenie było szczególnym zaszczytem. Dużo bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że lada moment o nim większość z nas całkowicie zapomni. Poza oczywiście Polskim Związkiem Piłki nożnej, który przynajmniej miał okazję, by ogłosić całemu światu, iż skończył 100 lat.

Zamość onLine / 2019-06-20