Polska piłka nożna, czyli jak przebić dno od spodu: cz. 13 - między łomotami?


Czasem tak jest w życiu, że wydaje się nam, iż zmierzamy we właściwym kierunku. Kolejne dni przynoszą dobre owoce, dlatego uważamy, że obrana przez nas droga jest prawidłowa. Po czym przychodzi dzień, w którym się wali wszystko i musimy wrócić do punktu wyjścia przyznając, że jednak nie był to najlepszy kurs. Dokładnie tak samo czuje się polski kibic piłkarski po czerwcowych Młodzieżowych Mistrzostwach Europy U-21, które zarazem stanowiły ostatni etap kwalifikacji do przyszłorocznych igrzysk olimpijskich w Tokio.

Przypomnijmy, że wyjazd do stolicy Japonii nasze „Orzełki” miały praktycznie o krok. Po zwycięstwach w dwóch pierwszych meczach grupowych „wystarczyło” nie przegrać z Hiszpanią. I choć przed turniejem baty od tej drużyny były pewniejsze od upałów w czerwcu, to przed samym meczem było całkiem sporo osób liczących na niespodziankę. Najmłodsze pokolenie zaczynało już wpatrywać się niczym w obrazek w Grabarę, Bielika czy Żurkowskiego, moje przypomniało sobie Kowalczyka z Juskowiakiem, a generacja moich rodziców Deynę z Lubańskim. Po czym okazało się, że jednak nasza starsza młodzież nie umie grać w piłkę, będąc w każdym elemencie gorszą od hiszpańskiej. W elemencie najważniejszym gorszą aż o pięć trafień do bramki.

Choć od tamtego spotkania minęły już niemal trzy tygodnie, wciąż nie mogę się pozbierać po tej klęsce. Nie jestem zresztą jedyny – mój teść do pogromu w Bolonii potrafi nawiązać nawet po kilka razy dziennie. Ciężko jest nam tym bardziej, że lada moment startują eliminacje do europejskich pucharów. I w nich również nie dostrzegamy powodów do optymizmu.

W porządku, trzeba oddać tej młodzieżówce, że zrobiła generalnie całkiem fajny wynik. W grupie eliminacyjnej wygrała z Danią, w barażu z Portugalią, a na samym EURO Belgów i Włochów. Taki zestaw wyklucza przypadek, bo wszystkie te ekipy są od nas notowane wyżej. Należy się po prostu przyzwyczaić, że taki mamy styl gry w postaci murowania bramki i kontrowania przeciwnika, co pierwsza reprezentacja robi – z różnym efektem – od mnóstwa lat. Ale co z tego, skoro ten mecz z Hiszpanią nie był takim zwykłym pojedynkiem, dlatego tym bardziej boli?

Pierwszy tekst tego cyklu napisałem przed niemal dekadą. Najgorsze jest to, że gdybym miał tamte teksty napisać w dzisiejszych warunkach, zawarłbym w nich praktycznie to samo. W dalszym ciągu podstawowa choroba naszej młodzieży to minimalizm, wciąż kibice mają wielki problem z ustawieniem sobie właściwych priorytetów, przez co bardziej są przeciw wszystkim dookoła, zamiast przede wszystkim za swym klubem, a PZPN… na pewno potrzebuje głębszych zmian niż zaserwowane nam przez obecnego prezesa. A potrzeba ku temu w ciągu wakacji – kiedy nasze kluby będą po kolei odpadać z pucharów – wzrośnie.

Zamość onLine / 2019-07-11