Wegeterror


Nie, nie będę w tygodniu przedwyborczym pisał o wyborach. Teksty mają swój redakcyjny cykl, dlatego od momentu napisania felietonu do publikacji mija na tyle dużo czasu, że niniejszy zdążyłby się już parokrotnie zdezaktualizować. Co nie znaczy, że ten tekst będzie miałki i nastawiony na to, by przypadkiem nikogo nie urazić. Wręcz przeciwnie! Istnieje bowiem kwestia, która coraz bardziej dotyka mnie do żywego i mam coraz większe obawy, że spęta naszą wolność bardziej niż jakiekolwiek ACTA.

Wegetarianizm od dawna był po prostu jednym ze stylów życia. Jeśli ktoś nie jadł mięsa, po prostu go nie spożywał i tyle. Dzielił się tą wiadomością jedynie po to, by będąc w gościach móc jeść to, co jest zgodne z jego stylem życia. Różne były zresztą motywy takiej postawy. Sporemu procentowi wegetarian mięso po prostu nie smakowało, tak jak niektórym może nie smakować – przykładowo – alkohol. Rzecz to oczywiście całkowicie do uszanowania i zaakceptowania. To jednak rzeczywistość właściwa dla czasów jeszcze z ostatniego przełomu wieków. Dziś realia są wręcz całkowicie odmienne.

Zaczęło się od mody na wegetarianizm, a następnie weganizm. Celebryci – bo to oni stali się głównymi propagandystami – podkreślali, że niejedzenie mięsa i produktów odzwierzęcych jest po prostu zdrowe, oni sami czują się znakomicie, a taka dieta wbrew pozorom wcale nie ogranicza, bo potraw z nią zgodnych można przyrządzić skolko ugodno. Gdzieś tam przebijały się w ich wypowiedziach motywy ideologiczne, że nie chcą mieć udziału w zabijaniu zwierząt, ale jeszcze nie stanowiło to głównego powodu. To przyszło dopiero po kolejnych kilku latach i wówczas jak najbardziej zaczęło nabierać cech ideologii. Ale ponieważ te miękkie argumenty nie przyniosły oczekiwanych efektów, sięgnięto po znacznie cięższe działa.

Z góry przepraszam za pychę, ale nie mogę tu nie nawiązać do mojego tekstu z lutego 2009 roku, który proroczo zatytułowałem „To kiedy się zabijamy?”. http://robertmarchwiany.pl/text.php?id=3244&rodz=zamol Wtedy zaczęto kolportować informacje jakoby na skutek hodowli uwalnianych jest aż 18 proc. gazów cieplarnianych pochodzących z działalności człowieka, co o cztery punkty procentowe przewyższa nawet ilość gazów pochodzących z transportu. Ludzie więc dowiadywali się, że jedząc mięso niszczą planetę. Innymi słowy – jeśli nie wystarczy Ci świadomość, że chcąc spełnić Twoje kulinarne zachcianki zabija się żywe istoty, to niech do Ciebie dotrze, że te żywe istoty wcześniej przyczyniły się do zmian klimatu!

Pamiętam, że spotkałem się wówczas z głosami, iż „popłynąłem”. Miałem nadzieję, że moi oponenci mają rację. Niestety dziś okazuje się, że ona była po mojej stronie. Na przykład pani europoseł Sylwia Spurek publicznie pisze o mleku jako efekcie patriarchalnych stosunków między bykami a krowami, zaś niemieccy Zieloni całkiem serio domagają się likwidacji przemysłowej hodowli zwierząt. Jeszcze kilka lat temu byłoby to nie do pomyślenia. Dziś jest to temat poważnie dyskutowany w debacie publicznej. A ponieważ kwestie „zmian klimatycznych” sprawiły, że normalni ludzie muszą w takich debatach uczestniczyć w pozycji na kolanach, można mieć bardzo poważne obawy, iż i tutaj doczekamy się obostrzeń.

Bóg powiedział do ludzi: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”. I to zamyka temat w zakresie spożywania mięsa w ujęciu moralnym. Namawiam też, by pamiętać, iż tak naprawdę np. krowy czy świnie bez wykorzystania ich w celach spożywczych tracą rację istnienia. A przede wszystkim namawiam do zdrowego rozsądku i pomyślenia, w którym kierunku to wszystko idzie, skoro słyszymy, że za „zmiany klimatyczne” odpowiedzialne są nie tylko kopcące zakłady, ale także hodowle – na razie „tylko” przemysłowe – zwierząt.

Zamość onLine / 2019-10-10