Zamojska opozycja trzęsiportkowa


Po czym poznać złego polityka lokalnego? Oczywiście istnieje w tej materii cały zestaw elementów, ale generalnie wszystkie można dostrzec dopiero po pewnym czasie. Poza jednym – demonstracyjnym okazywaniem własnym wyborcom, że powinni być posłuszni wobec żądań samorządu zagranicznego. Jeszcze kilka tygodni temu nie przypuszczałbym, że coś takiego w ogóle jest możliwe, ale politycy z mojego rodzinnego miasta skutecznie wyprowadzili mnie z błędu.

Kilka miesięcy temu zamojska Rada Miasta przyjęła uchwałę popierającą słowa krakowskiego arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, który podczas jednego ze swych kazań powiedział o „tęczowej zarazie” jako czymś, co obecnie grozi Polsce. Naród zdążył się tym ponaparzać, na kilka miesięcy o sprawie zapomniano, aż tu nagle grupa aktywistów z ruchów proLGBT urządziła sobie happening robiąc zdjęcia z tablicami nazw miejscowości, które przyjęły uchwały o „strefie wolnej od LGBT”, do których przyczepili własne tablice o tej sprawie informujące. I choć Zamość takiej uchwały nie przyjął, to również oberwał, bo ktoś uznał, że w sumie poparcie słów arcybiskupa zasługuje na podobne napiętnowanie. Efekt? Fotka z Zamościa, jaką ów aktywista wrzucił do mediów społecznościowych, dotarła do jednego z radnych Weimaru. Ten ją rozpropagował i zażądał od swego miasta rozwiązania umowy o partnerstwie z Zamościem, co poparło parę osób podobnych mu ideologicznie. O sprawie w kwietniu burmistrz Weimaru ma rozmawiać z prezydentem Andrzejem Wnukiem.

Inaczej rzecz ujmując – jeden z radnych z landu, w którym od lat rządzą postkomuniści, wystosował wniosek o zerwanie umowy z Zamościem jako miastem partnerskim. Tylko tyle się faktycznie wydarzyło. Inaczej to jednak przedstawia nasza opozycja, na czele z niedoszłą panią prezydent. Jej zdaniem to jaskrawy dowód na cofanie się do średniowiecza, a już na pewno na „wypisywanie się z Europy”. Co ciekawe, tego rodzaju argumenty natrafiają na podatny grunt w jej środowisku politycznym. Które to środowisko – jak zwykle – zarazem ogromnie krytykuje osoby, które takich poglądów nie podzielają.

Pierwotnie miałem plan, by w niniejszym tekście punkt po punkcie wyjaśnić dlaczego cała sprawa jest bzdurna. Chciałem np. przypomnieć historię sprzed paru lat, kiedy zamojscy radni protestowali przeciw decyzjom swoich kolegów z Łucka, którzy uznali za honorowego obywatela swego miasta Stepana Banderę. Wtedy jakoś nikt z nich nie stawiał na ostrzu noża partnerstwa z tym ośrodkiem na Ukrainie. Chciałem też przypomnieć, że inne niemieckie miasto partnerskie Zamościa – Schwäbisch Hall – głosów krytycznych na temat uchwał podejmowanych przez nasz samorząd nie wydaje. Ale zbyt długo się nad tym rozwodzić. Zdecydowanie to inna kwestia całej sprawy zasługuje na uwagę.

Co tak naprawdę dają Zamościowi umowy o partnerstwie z innymi miastami? Jaki procent zamościan umie w ogóle wymienić wszystkie te ośrodki? Innymi słowy, czy faktycznie nasze miasto cokolwiek straci, jeśli Weimar partnerstwo rzeczywiście nam wypowie? Może jestem laikiem, ale wydaje mi się, że rzeczywiste korzyści mamy tak naprawdę tylko w jednym przypadku – ze Schwäbisch Hall. Tu współpraca naprawdę przebiega dobrze, jeśli nie modelowo i tę umowę prawdziwie szkoda byłoby stracić. Ale całą resztę? Przeciętni mieszkańcy nie odczują tego wcale. Tak jak i wcześniejszego zawarcia tych umów. Nie twórzmy więc wizji masowej Apokalipsy.

Zamość onLine / 2020-02-20