W oczekiwaniu na apokalipsę


Dzieci wesoło wróciły do szkoły,

zachowały social distance, wyciągnęły maski.

Ręce umyły, COViD przepędziły,

siedzą sobie w ławkach i mówią do siebie:

Cała ta pandemia to jest wielka ściema!

Hej, hej, la la la! Hej, hej, hej, hej!”.

Za nami kolejny etap tzw. wracania do normalności. Choć jeszcze niedawno wcale nie było to takie pewne, nauka zdalna w szkołach znów stała się wyjątkiem, a nie regułą. Dzieci mogą więc poznawać wiedzę ponownie w swoich szkolnych murach, w swoich salach lekcyjnych, wśród swoich rówieśników i swoich nauczycieli widzianych bezpośrednio, a nie przez ekran komputera lub – w przypadku rodzin niezacietrzewionych antyreżimowo – na antenie TVP. A cała reszta społeczeństwa zastygła w oczekiwaniu: czy liczba zakażeń koronawirusem w naszym kraju zacznie wzrastać jeszcze bardziej aniżeli w ostatnich dniach. Bo też i faktycznie trzeba przyznać, że taki wzrost nastąpił. Nie poszedł za nim wprawdzie progres w kwestii dziennej liczby ofiar śmiertelnych, ale sytuacja ponownie stała się bardziej interesującą dla większości Polaków. Przynajmniej dla tych, którzy ogólnie lubią emocje.

Prawie przywykłem, że zachowanie umiarkowanego stanowiska w sprawie koronawirusa i wszystkiego, co się z nim wiąże, jest podobnie skuteczne, jak występy Legii Warszawa w el. W dalszym ciągu z jednej strony mamy armię strachliwców, na których robią wrażenie liczby, których nie usiłują później konfrontować z innymi danymi. Z drugiej zaś mamy armię sceptyków, lecących niczym ćma do światła do każdego newsa mającego rzekomo potwierdzać ich tezy o „koronaświrusie” i „plandemii”. Ostatnio na przykład hitem u nich są słowa premier Norwegii, która miała przeprosić swój naród za nadmierne obostrzenia w swoim kraju. Tyle, że towarzyszy temu parę wydarzeń nieco zmieniających wspomniany stan rzeczy. Na czele z zafundowaniem swoim obywatelom kwarantanny po przyjeździe m.in. z Polski, czego doświadczyli np. skoczkowie narciarscy po Letnim Grand Prix w Wiśle.

COViD rzeczywiście stanowił duży problemem późną zimą i wczesną wiosną, kiedy to faktycznie nie wiedzieliśmy o tym wirusie dosłownie nic albo prawie nic. Wtedy przepowiednie wróżące masową zagładę ludzkości nie wydawały się masowo odstawać od rzeczywistości. Przypomnę, że statystyki umieralności ludzi w Europie Zachodniej dowodziły jednoznacznie, iż umiera naprawdę dużo więcej ludzi niż zwykle. Najgorsze co możemy zrobić, to o tym zapomnieć uznając, że tamte czasy już na pewno nie wrócą. Rękę na pulsie trzymać trzeba, ale niech to będzie spokojne trzymanie. Nie zaś nerwowe reagowanie na każdą okropnie brzmiącą w mediach wiadomość. Szczególnie jeśli strasznie brzmi tak naprawdę jedynie jej nagłówek.

Zamość onLine / 2020-09-03