Piłką do normalności


Nie wierzyłem, że piłka nożna wróci do grania na każdym szczeblu. O ile ponowne uruchomienie rozgrywek ligowych było dla mnie całkowicie realne do wyobrażenia, a końcówka europejskich pucharów w formie turnieju zorganizowanego w jednym państwie okazała się trafionym pomysłem, to wciąż trudno było mi sobie wyobrazić normalne rozgrywki w Europie – tak klubowe, jak reprezentacyjne. A jednak nowy sezon ruszył. Legia Warszawa zdążyła już nawet odpaść z rywalizacji o Ligę Mistrzów, a Cracovia z Ligi Europy, zaś w ostatnich dniach wznowiła działalność piłka reprezentacyjna. Bez publiczności, w reżimie sanitarnym i generalnie w dość smutnej atmosferze, niemniej zaczęli grać. W tym także kadra Jerzego Brzęczka, która najpierw z sukcesem walczyła o jak najmniejszy wymiar kary w Amsterdamie, a następnie – również udanie – zagrała o zwycięstwo w Zenicy.

Jak to się oglądało? Ciężko. Szczególnie mecz z Holendrami, w którym długimi fragmentami kompletnie nie było widać, jaki właściwie mamy pomysł na grę i kto ma ją kreować. Potem oliwy dolał selekcjoner mówiąc przed kamerami, że jest zadowolony, bo drużyna się ładnie przesuwała po boisku. W Bośni zagraliśmy o pełną pulę w stylu wprawdzie lepszym, ale bez szału. Co w sumie szczególnie pesymistyczne nie jest, ale nadzieją też nie napawa.

Dla mnie najważniejszą informacją płynącą z tego „terminu UEFA” jest fakt, iż do tych meczów doszło i żaden pojedynek pierwszych dwóch kolejek Ligi Narodów nie został odwołany. Wierzcie lub nie, ale to stanowi według mnie najważniejszy dowód na to, że naprawdę wracamy do normalności. I choć zarazem czytałem artykuł jakoby WHO prognozowała, iż do końca bieżącego roku liczba ofiar koronawirusa podwoi się w stosunku do obecnej liczby, a szczególnie „śmiertelny” będzie grudzień, trudno nie traktować tych prognoz jako bajki o żelaznym wilku. Zwłaszcza, że sama WHO może pewnego dnia swoje przewidywania radykalnie odmienić, bez najmniejszego nawiązania do tego, że twierdziła jeszcze niedawno zupełnie inaczej.

W kolejce do pełnego wznowienia czeka tenis. US Open ogląda się równie smutno jak piłkę bez publiczności, ale tu naprawdę nie da się inaczej, biorąc pod uwagę sytuację w USA. Niedługo ponownie sport ten zagości w Europie i tu obostrzeń ma być mniej. Dużo więcej za to mamy w tej dyscyplinie cyrków z układaniem terminarza i tak naprawdę wszystko co się w niej zdarzy za miesiąc (po Roland Garros) stanowi jedną gigantyczną zagadkę, niemniej nadziei mamy tu o wiele więcej niż jeszcze zaledwie kilka tygodni temu. I tego się trzymajmy.

Zamość onLine / 2020-09-10