Proszę mnie nie budzić


Znają Państwo uczucie, w którym człowiek odczuwa przyjemne ciepło w większym stopniu, niż ono faktycznie występuje? Albo widzi trawę bardziej zieloną aniżeli jest ona w rzeczywistości? Tudzież auto prowadzi mu się lepiej niż zwykle, choć pojazd liczy sobie już kilkanaście lat? Tak, często jest wówczas po prostu zakochany. Ale mogę też powiedzieć, że nie tylko taki stan podlega pod wspomniane zachowanie.

Wszystko za sprawą tegorocznych wyników Lecha Poznań w europejskich pucharach. Przez ostatnie lata wszystkie nasze zespoły przyzwyczaiły polskich kibiców, że jakiekolwiek oczekiwania wobec nich są po prostu stratą czasu i nerwów. Szczególnie dotyczyło to warszawskiej Legii. Niby klub z tradycjami i pieniędzmi, który co roku wygrywał ligę, ale w Europie lepsi od niego okazywali się mistrzowie Słowacji, Kazachstanu czy nawet Luksemburga. W tym roku podobnie – do Ligi Mistrzów drzwi zamknęła im cypryjska Omonia Nikozja, a do fazy grupowej Ligi Europy Karabach Agdam z Azerbejdżanu. Z pozostałych ekip nieźle zaprezentował się Piast Gliwice, ale udział w rozgrywkach zakończył na trzeciej potyczce, a Cracovia już na pierwszej.

Z Lechem było inaczej. Tu od razu widzieliśmy, że klub od pewnego czasu jest prowadzony wedle konkretnego pomysłu. Zamiast przysłowiowych „starych Słowaków” w większości przyszli tam obcokrajowcy rzeczywiście dający klubowi nową jakość i wzór do naśladowania dla miejscowych chłopaków. W efekcie za burtą LE lądowały po kolei: łotewska Valmiera, szwedzkie Hammarby, cypryjski Apollon Limassol i belgijski RCJ Charleroi. I to w jakim stylu! Tylko w ostatnim spotkaniu „Kolejorz” stracił bramkę, samemu strzelając ich aż 13! Swoboda poznanian, polot w grze i radość z osiąganego sukcesu wywołały nawet we mnie samym coś, czego bym się nigdy nie spodziewał.

Otóż z przyjemnością obejrzałem praktycznie wszystkie mecze, jakie w ostatni weekend odbyły się w ramach rozgrywek tzw. Ekstraklasy. Nie oznacza to wcale, że były to pojedynki stojące na wysokim poziomie. Wprost przeciwnie – wciąż piłka głównie latała w powietrzu, samo wychodzenie z własnej połowy trwało niemal zawsze długo, a piłkarze podejmowali bezsensowne decyzje. Niemniej mając w pamięci walkę i zaangażowanie piłkarzy z Poznania na tle drużyn o zdecydowanie wyższej kulturze gry w piłkę nożną nabrałem przeczucia, że może rzeczywiście przynajmniej ten klub idzie w dobrym kierunku. Już teraz nie mogę się doczekać na sześć kolejnych spotkań „Kolejorza” w Lidze Europy – tym razem w fazie grupowej. I wiecie co? Jak dotąd jestem przekonany, że ten zespół ma realną szansę dalszego awansu!

I dlatego uprzejmie Państwa proszę o niewyprowadzanie mnie z tego stanu świadomości.

Zamość onLine / 2020-10-08