Prawdziwy problem polskiej piłki nożnej


Nie ukrywam, że po niedzielnym popisie naszej kadry w Reggio nell'Emilia miałem ochotę – mówiąc kolokwialnie – pojechać po Jerzym Brzęczku. Nie przypominam sobie gorszego meczu w wykonaniu reprezentacji Polski w piłce nożnej. Możemy mówić o nędzy np. w przypadku mundialowych występów z Koreą, Ekwadorem, Senegalem czy Kolumbią, ale tam w statystykach mieliśmy jakieś pozytywy poza strzałami wybronionymi przez bramkarza. Zdarzały się akcje ofensywne, a nawet z Senegalem udało się strzelić gola (również) do właściwej bramki. W niedzielę nie funkcjonowało dosłownie nic. Strzały oddali jedynie Kamil Grosicki (zablokowany) i Robert Lewandowski (z połowy boiska ponad bramką). Prędzej można byłoby się takiej gry spodziewać po San Marino czy innym Liechtensteinie, ale nie po drużynie klasyfikującej się w czołowej „10” na Starym Kontynencie. Na dodatek po spotkaniu kapitan zespołu dał do zrozumienia, że mówiąc delikatnie – taktyka na ten pojedynek nie była do końca dopracowana. Gołym okiem widać, że kadra nie darzy zaufaniem selekcjonera i nie jest to problem wyłącznie Lewandowskiego, bo gra w naszych szeregach obecnie zdecydowanie więcej zawodników, którzy mają lub mieli styczność ze ścisłą trenerską czołówką światową. Kolejne dni – w tym zamiatanie sprawy pod dywan przez naszą ekipę tylko potwierdziły problem. No i w zasadzie już chciałem urządzić selekcjonerowi prawdziwy roast, gdy uświadomiłem sobie, że zrobiłbym mu w ten sposób sporą krzywdę.

Otóż Jerzy Brzęczek sam siebie trenerem kadry nie zrobił. Uczynił go nim prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Zbigniew Boniek. Człowiek, który zasłużył w ostatnich latach na miano ściemniacza jak mało który. O ile w pierwszych latach jego prezesury dało się to jeszcze ukryć, bo w porównaniu do poprzedników Boniek rzeczywiście wyglądał na człowieka zasługującego na zaufanie, tak teraz bardzo trudno wyrazić się o nim w taki właśnie sposób. Każdy jego wywiad to albo udawanie, że nic się złego nie dzieje, potem że odpowiedzialność za błędy nie leży po stronie PZPN-u, a gdy i to się już nie udaje – spychanie odpowiedzialności z siebie samego. Na samym końcu mamy czasem jeszcze atakowanie rozmówcy. Czy to dobra strategia PR-owska? Śmiem wątpić.

Zatrudnienie i trzymanie na stołku selekcjonerskim Jerzego Brzęczka to klasyczny przykład tego, co napisałem wyżej. Pewnikiem jest, że „Zibi” też zdaje sobie sprawę, że na przyszłorocznym EURO czeka nas kompromitacja i nie będzie nas stać na nic ponad trzecie miejsce w grupie, ale Brzęczka nie zwolni. Nie zwolni, bo tym samym przyzna się do popełnienia błędu, a to jest ponad jego zdolności.

Przy czym już raz to widzieliśmy w jego wykonaniu – 18 lat temu, gdy sam obejmował fotel selekcjonera. Wtedy też wszyscy wokół widzieli, że to stanowczo za wcześnie jak na kogoś, kto dotąd jako trener raczej swoje drużyny spuszczał do niższych lig. No i po początkowym zakłamywaniu (marnym) rzeczywistości Zbigniew Boniek… po prostu zrezygnował i zakazał dziennikarzom zadawania sobie pytań na ten temat.

Nie wiem jak Państwu, ale mnie to przypomina zachowanie całkiem dużego odsetka kobiet. Tam też proces decyzyjny trwa nad wyraz długo, rzadko wykracza poza konieczne elementy, a jeśli zapada już jakaś trudna decyzja, to… dana pani chce mieć z nią jak najmniej wspólnego. Winny będzie mąż, szef, sąsiad, dzieci, rodzice i cała reszta świata. Ona nigdy.

Acz dla dobra wspólnego mogę nawet oświadczyć, że Zbigniew Boniek o Jerzym Brzęczku nigdy nie słyszał.

Zamość onLine / 2020-11-20